Tajwan przez lata był szarą strefą kryptowalut: giełdy działały, wolumeny rosły, a brakowało jasnych przepisów określających zasady i odpowiedzialność. 1 lipca Legislatura zmieniła to — posłowie przyjęli ustawę o dostawcach usług związanych z aktywami wirtualnymi, pierwszy w historii kraju kompleksowy akt regulacyjny dla całej branży kryptowalutowej.
Główna zasada jest prosta: chcesz działać — zdobądź licencję. Giełdy, portfele i wszelkie platformy związane z aktywami wirtualnymi muszą przejść rejestrację państwową. Dla emitentów stablecoinów standard jest wyższy: wymagana jest jednoczesna zgoda Banku Centralnego Tajwanu i Komisji Nadzoru Finansowego oraz 100-procentowe pokrycie rezerw w czasie rzeczywistym.
Sankcje karne w ustawie to nie formalność. Działalność bez licencji grozi karą do 7 lat więzienia oraz grzywną do 100 milionów dolarów tajwańskich (około 3,1 mln USD). W azjatyckich realiach to surowo: większość jurysdykcji ogranicza się do kar administracyjnych. Tajwan uczynił nielegalny biznes kryptowalutowy poważnym przestępstwem karnym, a nie tylko podstawą do nakazu regulatora.
Do faktycznego wdrożenia ustawy jeszcze daleko. Najpierw podpisze ją prezydent Lai Ching-te — w ciągu dziesięciu dni od uchwalenia. Następnie Komisja Nadzoru Finansowego musi opracować dziewięć aktów wykonawczych drugiego stopnia. Termin oznacza pełne uruchomienie najwcześniej na początku 2027 roku. Obecni uczestnicy rynku mają czas, by uporządkować swoje sprawy.
W szerszym kontekście — Azja wyraźnie przyspiesza. W czerwcu Japonia obniżyła podatek od kryptowalut z 55% do 20% i zatwierdziła ramy dla ETF-ów. Hongkong buduje regulacje dla tokenizowanych papierów wartościowych. Tajwan dodaje trzeci filar — z jasnymi wymogami licencyjnymi i ryzykiem karnym, które wyraźnie oddzielą poważnych graczy od przypadkowych. Konkurencja regulacyjna w regionie Pacyfiku nabiera realnych kształtów.



